Część 16: Kraków 28 XI 1999 Meksyk I >> sobota, 1 września 2007 01:04:40
Obiecałam :)


Głos Lucka wyrwał ja z zamyślenia.
- Wilga...Wilga...- mruczał potrząsając ją za ramię.
- Co jest? – spytała półprzytomnie
- Jak to cio... – zdziwił się – Ktoś dźwoni. Do dźwi – dodał po chwili, kiedy spojrzała w stronę telefonu.

Podeszła do drzwi. Wyjrzała przez wizjerek. Przed drzwiam stał młody mężczyzna średniego wzrostu. Nie znała go. Uchyliła drzwi.
- Słucham?
- Dzień dobry, pani Katarzyna Kruszewska?
- Tak...
- Przysyła mnie pan Rostow, mam przesyłkę – wyciągnął w jej stronę duża brązową kopertę.
- Proszę wejść. – otworzyła szerzej drzwi i wpuściła go do przedpokoju.
- To są niezbędne dokumenty oraz instrukcje na czas pani pobytu w Meksyku. Pan Rostow osobiście sporządził notatki, w których zawarto niezbędne wytyczne. Pragnął również bym pani przypomniał, o konieczności dostarczenia przesyłki w formie nietkniętej. – zaakcentował ostatnie słowo.
- Pamiętam. Czy to wszystko?
- Owszem.
- Zatem żegnam – wskazała mu drzwi.
Goniec wyszedł posłusznie. Zamknęła za nim drzwi i wróciła do pokoju. Lucek wciąż siedział na kanapie. Usiadła obok i rozdarła kopertę. Spojrzał jej przez ramię.
- Leciś gdzieś? – zapytał, spoglądając jej ciekawie przez ramię na bilety lotnicze.
- Mhm – mruknęła
- Gdzie?
- Do Mexico City.
- Złupialaś?! – zerwał się na równe nogi. – Po cio?!
- Muszę, Galrad i Rostow dogadali się za moim plecami...
- Skulw... – zmeł w ustach przekleństwo – przecieś tam jeśt wsiyśtko...
- Jest... – uśmiechnęła się blado – Jest Sabat, Pentex...Technokracja...ale wiesz co?
- Hm?
- Ja wcale nie jestem od nich lepsza. – zauważyła.

Próbowała spakować najpotrzebniejsze rzeczy, ale nie potrafiła się zdecydować, co zabrać. Wreszcie udało jej się zmieścić wszystko w sporym plecaku. Ustawiała go obok łóżka. Spojrzała krytycznie na swoją sypialnię. Pokój był kwintesencją bałaganu. Absolutnie wszędzie leżały rozrzucone części garderoby. Armia na wpół opróżnionych kubków królowała na szerokim parapecie. Na nocnej szafce obok kosmetyków piętrzyły się sterty dokumentów dotyczących ostatnich aukcji dzieł sztuki.
- Jeżeli to przeżyję. Posprzątam. Naprawdę – zapewniła samą siebie.
Zadzwonił telefon.
- Tak?
- Słuchaj musisz przyjechać – Azucena szczebiotała – muszę ci kogoś przedstawić. Koniecznie
- Aha – Wilga nie podzielała jej entuzjazmu.
- Jesteśmy w „Cyrografie”, przyjedź – Wilga była pewna jak Azu po drugiej stronie słuchawki uśmiecha się od ucha do ucha.
- Postaram się, ale niczego nie obiecuję. Muszę jeszcze odwiedzić Galrada.
- No to będziemy czekać – Azucena zdawała się nie zauważyć, niechęci Wilgi.
- Cześć – odłożyła telefon i spojrzała za okno. Wkrótce będzie burza.

Ciężkie krople rozbijały się o szybę monotonną melodią. Za nią ulica tonęła w ciemnościach. Galrad stał z rękoma założonymi za plecy i spoglądał na przechodniów umykających przed deszczem. Odwrócił się od okna. Na środku pokoju Wilga właśnie przygotowywała nargilę. Usiadł obok. Podała mu ustnik. Zapach cynamonu uniósł się w pomieszczeniu.
- Dostałam dziś od Rostowa wszystkie instrukcje. Jutro w nocy lecę do Mexico City.
Skinął głową i wypuścił z ust kłąb dymu.
- Nic więcej mi nie powiesz?
- A co chciałabyś wiedzieć?
- Dlaczego ja? Nie chcę tam jechać.
- Ponieważ jesteś moją własnością. Przyszłaś tu poskarżyć się na swój ciężki los? Trzeba było myśleć wiele lat temu, zanim wstąpiłaś do świątyni Isztar.
- Przyszłam się pożegnać.
- Żegnam w takim razie. Do wylotu możesz robić co zechcesz, nie wezwę cię.
Zacisnęła pięści i podniosła się z podłogi. Wychodząc trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż cybuch nargili zadrżał.


Nie bardzo pamiętała gdzie jest „Cyrograf” wreszcie po półgodzinie kluczenia po mieście odnalazła lokal. Wejście nie było zbyt okazałe, a okolica mogła z powodzeniem uchodzić za iście szatańską. Wewnątrz było duszno i tłoczno. Azucena dostrzegła ją z drugiego końca sali. Machała energicznie ręką w zapraszającym geście. Wilga ruszyła pomiędzy stolikami. W ogóle nie miała ochoty tu być. Chciała być gdzieś daleko. W jakimś bezpiecznym przytulnym miejscu. Wampirzyca siedziała w towarzystwie dziwnego mężczyzny prawdopodobnie Gangrela jak Azu. Po drugiej stronie stołu Edgar tulił jakąś blondynkę. Trish siedziała tuż obok wpatrzona w blat stołu. Chyba kontemplowała wzór na serwetkach. Co jakiś czas pociągała łyk drinka z wysokiej szklanki z ciemnego szkła.
- To jest Romek z Klanu Ganrel – zaczęła prezentacje Azucena. - A to jest Monika z Fundacji Tremere.
- Witam – Wilga wyciągnęła do nich dłoń i uścisnęła kolejno.
- Idę coś zjeść – oznajmiła Trish sennym głosem.
Setytka usiadła obok Gangrelki. Monika i Edgar tulili się do siebie. Wilga spojrzała na nich z obrzydzeniem, od nadmiaru słodyczy zaczęło ją mdlić. Miała tragiczny nastrój. Przymknęła oczy słuchając rozmowy o niczym Romka i Azu, przerywanej tylko cyklicznymi szeptami drugiej pary. Po kilku minutach zamówiła drinka i przestała się dziwić, że Trisch wolała wpatrywać się w serwetki. Sama zaczęła przypatrywać się sufitowi. Po godzinie była już po czterech drinkach i świat wydawał się być znacznie bardziej interesujący. Po półtorej godzinie Edgar z Moniką pożegnali się i wyszli. Wilga zdziwiła się, że wytrzymali, aż tak długo. Po dwóch godzinach nie potrafiła już sprecyzować ile wypiła, ale za to sufit stawał się niemal pasjonujący.
- Zostajesz? – głos Azuceny zdawał się dochodzić z tak daleka
- Mhm – pokiwała głową.
- Bądź ostrożna. Świt już blisko.
- Zawsze jestem – pomachała im parasolką z ulubionego drinka.
Dym papierosowy oszałamiał, widziała wszystko przysłonięte mgłą. Świat nie wydawał się już taki straszny. Nawet perspektywa powrotu do domu, jawiła jej się w jasnych barwach.
- Wilga?
Uniosła głowę słysząc swoje imię. Nad nią ktoś stał. Mężczyzna, po trzydziestce, z ciemnymi nieco przydługimi włosami i obłędnie zielonymi oczyma. Przynajmniej po takiej dawce alkoholu, jaką przyjęła wydawały się obłędne.
- Jacek, jaki ten świat mały prawda?
- Co ty tutaj robisz?
- Jak to co? - rozejrzała się wokół, popatrzyła na opróżnione szklanki. – Piję – stwierdziła
- To widzę, ale tutaj...? Nie ważne.
- Miejsce jak każde inne.
- Odprowadzę cię do domu, jesteś zalana – powiedział wstając od stolika
- Nie... – pokręciła głową, i uśmiechnęła się promiennie. – Rycerze na białych koniach mają dziś urlop.
- Wilga...jesteś pijana.
- No może troszeczkę – mruknęła wyciągając w jego stronę dłoń. Przyglądała się przez moment swojej ręce, zbliżając i oddalając palce, próbowała się zdecydować jak duże jest owo „troszeczkę”.
- Jest czwarta nad ranem, wystarczy na dziś.
- Mogę prowadzić?
Nie dał się zbyć, chwycił ją za wyciągniętą ku niemu rękę. Nie oponowała. Pozwoliła mu odciągnąć się od stolika. Przeszli przez klub, przemykając się pomiędzy gośćmi lokalu. Dym unosił się i opadał gęstą zasłoną.

- Gdzie mieszkasz? – zapytał kiedy już udało mu się posadzić ją w samochodzie.
- W centrum, Znam drogę. – dotknęła dłonią czoła – niedobrze mi.
- Nie dziwię się. Ile wypiłaś?
- Nie pamiętam. A mogę prowadzić?
- O żesz... – powstrzymał się, żeby nie zakląć. – Będziesz wymiotować?
- Nie, chyba nie. Chyba. Ale nie jedź za szybko.
- Postaram się.

Zdziwił się jak dobrze jej szło wchodzenie po schodach. Ani razu nie upadła. Przytrzymywała się, co jakiś czas poręczy, odpoczywała. Po kilkunastu minutach dotarli na trzecie piętro kamienicy. Wyjął jej z dłoni klucze, kiedy po raz drugi nie trafiła do zamka.
Najpierw był zapach. Egzotyczny, lekki i świeży zarazem. Zapach, który kojarzył mu się z wodą. Dłonią namacał kontakt. Przedpokój rozjaśnił się lekko, Umieszczone w różnych punktach niewielkie lampy nie raziły oczu dając jednocześnie dość światła, aby można się swobodnie poruszać. Wilga maszerowała już do kuchni.
Jacek urzeczony patrzył na sadzawkę umieszczoną na końcu korytarza. Intensywnie niebieskie kwiaty o długich satynowych płatkach, wydzielały ten niezwykły zapach unoszący się w mieszkaniu.
- Chcesz coś pić? –krzyknęła z kuchni.
- Kawy...
- O tej godzinie.
- Jestem uzależniony od kofeiny – mrugnął do niej – co to za kwiaty?
- Które?
- No te niebieskie, przecież nie ma tu żadnych ... – zamilkł. Kuchnia była połączona z salonem, który pełnił funkcję atelier. Rzędami stały tutaj na rusztowaniach zioła kwiaty. Wszystkie kwitnące. – Tamte w przedpokoju.
- Lotosy – Wilga koncentrowała się na znalezieniu czystego kubka.
- Może ja to zrobię. – powiedział odsuwając ją od zlewu. – Dla ciebie co ?
- Herbata, tamta z granatowej puszki. – powiedziała siadając na kanapie.
- Ok. Myślałem, że lotosy mają inny kolor...biały, liliowy czy jakoś tak. To pewnie jakaś inna odmiana? Prawda? Wilga?
Odwrócił się od zlewu. Wilga osunęła się na poduszkę, mruczała coś drzemiąc. Odstawił czysty kubek na blat. Podszedł do kanapy. Dotknął lekko jej ramienia. Miała gęsia skórkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś koca.

Drugim pokojem była sypialnia. Tutaj zapach lotosu był jeszcze bardziej intensywny. Wrócił do salonu. Wciąż spała. Podniósł ją na rękach. Była zadziwiająco lekka jak na swój wzrost. Położył ją w sypialni i przykrył. Zapach kwiatów wciąż przyjemnie drażnił mu nozdrza. Usiadł na chwilę na brzegu łóżka i wdychał woń. Poczuł dotyk na dłoni.
- Jacek ? – w ciemności usłyszał głos.
- Jestem.
- Wiem. Zostań do rana. – głos miała senny, nieprzytomny niemal. – Nie chcę być sama.
- Zostanę. Śpij.

Nie zmrużył oczu do końca nocy. Nie potrzebował nawet kawy. Siedział w salonie pijąc aromatyzowaną herbatę w dłoniach trzymając bilety do Mexico City. Sprawa zaczęła przybierać coraz bardziej niebezpieczny obrót. Mexico City. Siedziba Pentexu. Podbrzusze Żmija. Najbardziej niebezpieczne miejsce na świecie.


Sugestie? Skoro dotarłeś aż tutaj...
komentarze [4]


Księga Gości







Autorka

Ulubiony?





2006
czerwiec (4)
lipiec (1)
sierpien (2)
wrzesień (4)
październik (2)
grudzień (2)

2007
luty (2)
kwiecień (1)
maj (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
grudzień (1)

2008
luty (1)






Lay & text : possession
Picture from National Geographic
Brushe:
Ancient Secrets