..:Inspiracje:..
Kai Fist
Przejdź przez 99 pokoi / Industrial
Imiona
Waldemar, nic dodać, nic ująć
Shahid Project
Michael Mobius
Malik Samir
Słownik W.Kopalińskiego
Wielki Por :)
Czarne Miraże
Cambridge
grafika
..:Powołałam do egzystencji:..
Popioły - opowiadanie
..:Przeszłość postaci:..
Opisy postaci
..:Garou:..
Wilk Wolny - Dziecię Prawilków
Ragabash Władców Cieni
Galiard Milczących Wędrowców
Tara Milczący Wędrowiec Theurg
Theurg Lupus
..:Świat Mroku:..
Elixir
Tremere chantry (ang.)
Wyszukiwarka MG i Graczy
Ines Ravnos
Sanguinus Curae (ang.)
Pamiętnik Assamity
Wampir: Maskarada
Pamiętnik Szaleńca
Anarchiści (ang.)
Ghule - Fatal Addiction
Le Salon de la rose (ang.)
Kain
Czym jest WOD
Wampir: WOD
Opowieści - WOD
Pamiętnik Cappadocjanina
Opowiadanie -Chicago
Simon Brujah
Ertai
O Aniołach Nocy - WOD
Ventrue1
Ex Libris Nocturnis (ang.)
Nilfheim
Crust
..:Galeria przestrzeni:..
Mieszkanie Wilgi
..:Ilustracje postaci:..
Muazib Galrad
Edgar
Azucena
Wilga I
Wilga II
Wilga III
Wilga IV
Zmiany! >> wtorek, 3 maja 2011 12:22:42
W obliczu wielu zmian, dojrzałam wreszcie do tej decyzji:
www.masquerade.pl Zapraszam.
Będzie tam dotychczasowa historia Wilgi a także wiele innych rzeczy ;)
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [2]
... >> wtorek, 12 lutego 2008 23:28:45
tak, żyję
tak, będzie kontynuacja
:P
wkrótce
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [7]
Część 17: Meksyk 29 XI 1999 Meksyk II >> czwartek, 13 grudnia 2007 00:36:53
Samolot łagodnym łukiem podchodził do lądowania. Przytuliła policzek do chłodnej szyby i jeszcze przez chwilę przypatrywała się jasnym światłom miasta, tworzącym kolorowe smugi wijące się ulicami. Teraz z wysoka Mexico City wyglądało całkiem zwyczajnie. Doskonale wiedziała, że to tylko pozory. Odsunęła się od szyby i cicho westchnąwszy, zapięła pasy przed lądowaniem.
Lotnisko było takie samo jak setki innych, które zdarzyło jej się odwiedzać. Jasno oświetlona główna hala z gładką podłogą, mnóstwem turystów i znudzonymi celnikami. Przeszła przez odprawę. Zarezerwowała miejsca na lot powrotny i jeszcze z lotniska wezwała taksówkę. Skierowała się w stronę wyjścia z intensywnie czerwonymi obrotowymi drzwiami.
Na zewnątrz powietrze było parne i gorące. Miasto powoli wracało do normalności po upalnym, ciężkim gorącym dniu. Czekając na swoją taksówkę przyglądała się temu skrawkowi metropolii próbując ocenić swoje szanse na przeżycie. Przechodnie mijali ją w pośpiechu samochody trąbiły jakby przepisy drogowe w ogóle nie istniały. Chodź zmrok zapadł już dawno, wokół było niemal tak jasno jak za dnia. Ulice rozświetlały nie tylko latarnie, ale także setki szyldów reklamowych. Założyła okulary przeciw słoneczne i spojrzała w niebo rozżarzone tysiącami neonów.
- Witamy w piekle – powiedziała do siebie.
Pierwszym kontaktem na jej liście był Bruce Milliner. Dostawca broni, który w wolnych chwilach zajmował się handlem żywym towarem, a dla przyjemności stręczycielstwem. Prawdopodobnie miał na sumieniu jeszcze kilka innych przestępstw, ale dla niej najistotniejszym był fakt, że sprzedawał broń. Większość jej kontaktów pochodziła od Galrada, który przez kilkanaście godzin zmuszał ją do nauczenia się na pamięć długiej listy nazwisk wraz z numerami telefonów, adresami, a czasem nawet z drobnymi grzeszkami. Nigdy nie pozwolił jej niczego zapisać. Dopiero teraz doceniała niektóre z jego nauk. Znalazła budkę telefoniczną gdzieś na uboczu, powoli przywołując cały numer w pamięci wybierała kolejne cyfry. Powietrze było nieznośnie gorące.
Szła maleńką uliczką, o której podczas rozmowy wspominał ghul Millinera. Miała zdecydowanie mieszane uczcie przychodząc tutaj właściwie bezbronna, ale nie miała innego wyjścia. A skoro zaszła aż tutaj i wciąż jeszcze żyje, nie pozostawało jej nic innego jak brnąc dalej przez tą patową sytuację. Wreszcie odnalazła spore stalowe drzwi, gdzieś z boku dostrzegła wybrudzony czymś lepkim dzwonek. Zadzwoniła dwa razy i czekała. Po kilku minutach, które zdawały rozciągać się w nieskończoność, usłyszała szczęknięcie zamka i w drzwiach ukazał się niewysoki mężczyzna prawdopodobnie rodowity Meksykańczyk.
- Szukam Bruca Millinera – oznajmiła uśmiechając się szeroko i prezentując kły. – Jestem umówiona - dodała.
- Taak.. - potwierdził po angielsku odźwierny, przyglądając jej się z niepokojem. – Pan ...Milliner, mówił, że ktoś przyjdzie. Proszę za mną.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy wpuścił ją do środka i zamknął drzwi. Ani razu nie stanął do niej plecami. Zapach jego krwi wypełnionej adrenaliną, przyjemnie drażnił jej nozdrza. Poszła za nim.
Poprowadził ją do hangaru który obecnie pełnił funkcję studia porno. Pod ścianą siedziały dziewczyny, posiniaczone, niektóre pobite, związane, czasem zakneblowane. Po środku hangaru w zaimprowizowanej sypialni trzech aktorów gwałciło kobietę. Wilga minęła ich i podeszła do biurka, które wskazał jej przewodnik. Bruce Milliner siedział, tyłem do sceny wypełniając dokumentację. Nawet nie próbowała być cicho, gdy podchodziła, jęki i zduszone krzyki kobiety zagłuszały, każdy drobniejszy szmer.
- Dobry wieczór. – powiedziała stając nad Millinerem. – Nazywam się Katarzyna Kruszewska
- Ah... Seniorina Kruszewska, z Klanu Węża – uśmiechnął się. – Mój ghul wspominał, że pani przyjdzie. Witamy w Mexico City.
- Dziękuję i proszę wybaczyć mi obcesowość, ale mam niewiele czasu. Przejdźmy do interesów.
- Oczywiście, w czym mogę pomóc.
- Potrzebuję kilku zabawek: Sig-Sauera P226 , Ruger’a SR dziewiątkę, amunicję 9x19 para wersję szwedzką, po dwa zapasowe magazynki, 6 granatów, w tym dwa odłamkowe, i jakieś 400 g C4. Osiem zapalników. Aha i jeszcze Super Shortiego 12 mm z pięćset dziewiętnastki Mavericka i 20 sztuk amunicji dum-dum.
- Wybiera się pani na wojnę ? – Bruce uniósł lekko brew.
- Nie, to tylko rekonesans, wkrótce wyjeżdżam – mrugnęła do niego, opierając dłonie na biurku. – Jak długo będę czekać na zamówienie?
- Jeżeli wszystko jest na miejscu... to za chwilę pani wszystko dostanie. Zaraz się z resztą dowiemy... – powiedział po czym wyjął telefon. Rozmawiał z kimś przez chwilę po hiszpańsku. Rozumiała co drugie słowo. Patrzyła ponad głową Millinera jak dwóch mężczyzn wynosi skatowaną kobietę, a trzeci wybiera sobie kolejną partnerkę.
Po kilku minutach przyszedł pomocnik niosąc spory karton. Postawił go na podłodze i po kolei wyjmował broń i kładł na biurku odliczając na głos zawartość pudła. Położył przed nią pistolety i magazynki. Obok kilka granatów dwa opakowania C4, zapalniki...
Za nimi aktor wybrał sobie może jedenastoletnią dziewczynkę, którą powoli rozwiązywał, zakneblowane dziecko szarpało się jak mogło najmocniej, nie miało jednak żadnych szans.
Wilga dotknęła opuszkami palców chłodnej stali lżącej przed nią. Założyła magazynek. Zamek szczęknął.
- Sprzęt jest fabrycznie nowy. Oczywiście może go pani przetestować. Proponuję też wziąć kilka ładunków zapalających. Proszę pani?
Nie słuchała go, patrzyła w dal, na dziewczynkę, która właśnie została brutalnie rzucona na podłogę. Kamerzysta zbliżył się dopingując aktora w dalszych poczynaniach. Dziecko dusiło się od płaczu...
Huk wystrzału poniósł się echem przez hangar. Wszystko ucichło.
- Co to do cholery ma być ?! – wrzasnął Milliner.
Nie patrzyła na niego tylko w dal na próbującą podnieść się z podłogi dziewczynkę i na przerażonego kamerzystę z trwogą spoglądającego w ich kierunku.
- Co cię napadło?
- Testuję broń. – powiedziała uśmiechając się szeroko – Poza tym zapomniałeś powiedzieć pani - upomniała go i odwróciła twarz w jego stronę. – Nie interesuje mnie, co robisz. – wskazała głową w stronę łóżka oświetlonego kilkoma rzędami reflektorów – Ale w mojej obecności nie powinno być tu dzieci, bo nie ręczę za siebie, i możesz stracić kolejnego aktora.
- Dobrze, że nie zostajesz tu na dłużej, bo straciłbym źródło utrzymania.
- Jedno z wielu. – podeszła do dziewczynki, ujęła ją za brodę i uniosła jej twarz ku górze. Dziecko wpatrywało się w nią załzawionymi oczami. Wilga gwałtownie odrzuciła ją od siebie. – Wynoś się.
Mała podniosła się i uciekła tak szybko jak tylko pozwalało jej na to obolałe ciało.
- Ty też...- Wilga zwróciła się do kamerzysty. Mężczyzna wybiegł. – Teraz możemy dalej porozmawiać spokojnie.
- Dobrze... – mruknął zrezygnowany i wskazał jej miejsce. Setytka z bronią w ręku wyglądała na niebezpieczną, a w końcu biznes porno to tylko hobby.
Usiadła obok biurka, i zaczęła się bujać na krześle. Na podłodze pod przeciwległą ścianą leżało ciało. Krew spływała wąską strużką ze ściany. Szklane oczy aktora spoglądały w przestrzeń. Galrad miał rację Bruce Milliner z klanu Giovanni, miał rzeczywiście znakomitą broń.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [1]
Część 16: Kraków 28 XI 1999 Meksyk I >> sobota, 1 września 2007 01:04:40
Obiecałam :)
Głos Lucka wyrwał ja z zamyślenia.
- Wilga...Wilga...- mruczał potrząsając ją za ramię.
- Co jest? – spytała półprzytomnie
- Jak to cio... – zdziwił się – Ktoś dźwoni. Do dźwi – dodał po chwili, kiedy spojrzała w stronę telefonu.
Podeszła do drzwi. Wyjrzała przez wizjerek. Przed drzwiam stał młody mężczyzna średniego wzrostu. Nie znała go. Uchyliła drzwi.
- Słucham?
- Dzień dobry, pani Katarzyna Kruszewska?
- Tak...
- Przysyła mnie pan Rostow, mam przesyłkę – wyciągnął w jej stronę duża brązową kopertę.
- Proszę wejść. – otworzyła szerzej drzwi i wpuściła go do przedpokoju.
- To są niezbędne dokumenty oraz instrukcje na czas pani pobytu w Meksyku. Pan Rostow osobiście sporządził notatki, w których zawarto niezbędne wytyczne. Pragnął również bym pani przypomniał, o konieczności dostarczenia przesyłki w formie nietkniętej. – zaakcentował ostatnie słowo.
- Pamiętam. Czy to wszystko?
- Owszem.
- Zatem żegnam – wskazała mu drzwi.
Goniec wyszedł posłusznie. Zamknęła za nim drzwi i wróciła do pokoju. Lucek wciąż siedział na kanapie. Usiadła obok i rozdarła kopertę. Spojrzał jej przez ramię.
- Leciś gdzieś? – zapytał, spoglądając jej ciekawie przez ramię na bilety lotnicze.
- Mhm – mruknęła
- Gdzie?
- Do Mexico City.
- Złupialaś?! – zerwał się na równe nogi. – Po cio?!
- Muszę, Galrad i Rostow dogadali się za moim plecami...
- Skulw... – zmeł w ustach przekleństwo – przecieś tam jeśt wsiyśtko...
- Jest... – uśmiechnęła się blado – Jest Sabat, Pentex...Technokracja...ale wiesz co?
- Hm?
- Ja wcale nie jestem od nich lepsza. – zauważyła.
Próbowała spakować najpotrzebniejsze rzeczy, ale nie potrafiła się zdecydować, co zabrać. Wreszcie udało jej się zmieścić wszystko w sporym plecaku. Ustawiała go obok łóżka. Spojrzała krytycznie na swoją sypialnię. Pokój był kwintesencją bałaganu. Absolutnie wszędzie leżały rozrzucone części garderoby. Armia na wpół opróżnionych kubków królowała na szerokim parapecie. Na nocnej szafce obok kosmetyków piętrzyły się sterty dokumentów dotyczących ostatnich aukcji dzieł sztuki.
- Jeżeli to przeżyję. Posprzątam. Naprawdę – zapewniła samą siebie.
Zadzwonił telefon.
- Tak?
- Słuchaj musisz przyjechać – Azucena szczebiotała – muszę ci kogoś przedstawić. Koniecznie
- Aha – Wilga nie podzielała jej entuzjazmu.
- Jesteśmy w „Cyrografie”, przyjedź – Wilga była pewna jak Azu po drugiej stronie słuchawki uśmiecha się od ucha do ucha.
- Postaram się, ale niczego nie obiecuję. Muszę jeszcze odwiedzić Galrada.
- No to będziemy czekać – Azucena zdawała się nie zauważyć, niechęci Wilgi.
- Cześć – odłożyła telefon i spojrzała za okno. Wkrótce będzie burza.
Ciężkie krople rozbijały się o szybę monotonną melodią. Za nią ulica tonęła w ciemnościach. Galrad stał z rękoma założonymi za plecy i spoglądał na przechodniów umykających przed deszczem. Odwrócił się od okna. Na środku pokoju Wilga właśnie przygotowywała nargilę. Usiadł obok. Podała mu ustnik. Zapach cynamonu uniósł się w pomieszczeniu.
- Dostałam dziś od Rostowa wszystkie instrukcje. Jutro w nocy lecę do Mexico City.
Skinął głową i wypuścił z ust kłąb dymu.
- Nic więcej mi nie powiesz?
- A co chciałabyś wiedzieć?
- Dlaczego ja? Nie chcę tam jechać.
- Ponieważ jesteś moją własnością. Przyszłaś tu poskarżyć się na swój ciężki los? Trzeba było myśleć wiele lat temu, zanim wstąpiłaś do świątyni Isztar.
- Przyszłam się pożegnać.
- Żegnam w takim razie. Do wylotu możesz robić co zechcesz, nie wezwę cię.
Zacisnęła pięści i podniosła się z podłogi. Wychodząc trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż cybuch nargili zadrżał.
Nie bardzo pamiętała gdzie jest „Cyrograf” wreszcie po półgodzinie kluczenia po mieście odnalazła lokal. Wejście nie było zbyt okazałe, a okolica mogła z powodzeniem uchodzić za iście szatańską. Wewnątrz było duszno i tłoczno. Azucena dostrzegła ją z drugiego końca sali. Machała energicznie ręką w zapraszającym geście. Wilga ruszyła pomiędzy stolikami. W ogóle nie miała ochoty tu być. Chciała być gdzieś daleko. W jakimś bezpiecznym przytulnym miejscu. Wampirzyca siedziała w towarzystwie dziwnego mężczyzny prawdopodobnie Gangrela jak Azu. Po drugiej stronie stołu Edgar tulił jakąś blondynkę. Trish siedziała tuż obok wpatrzona w blat stołu. Chyba kontemplowała wzór na serwetkach. Co jakiś czas pociągała łyk drinka z wysokiej szklanki z ciemnego szkła.
- To jest Romek z Klanu Ganrel – zaczęła prezentacje Azucena. - A to jest Monika z Fundacji Tremere.
- Witam – Wilga wyciągnęła do nich dłoń i uścisnęła kolejno.
- Idę coś zjeść – oznajmiła Trish sennym głosem.
Setytka usiadła obok Gangrelki. Monika i Edgar tulili się do siebie. Wilga spojrzała na nich z obrzydzeniem, od nadmiaru słodyczy zaczęło ją mdlić. Miała tragiczny nastrój. Przymknęła oczy słuchając rozmowy o niczym Romka i Azu, przerywanej tylko cyklicznymi szeptami drugiej pary. Po kilku minutach zamówiła drinka i przestała się dziwić, że Trisch wolała wpatrywać się w serwetki. Sama zaczęła przypatrywać się sufitowi. Po godzinie była już po czterech drinkach i świat wydawał się być znacznie bardziej interesujący. Po półtorej godzinie Edgar z Moniką pożegnali się i wyszli. Wilga zdziwiła się, że wytrzymali, aż tak długo. Po dwóch godzinach nie potrafiła już sprecyzować ile wypiła, ale za to sufit stawał się niemal pasjonujący.
- Zostajesz? – głos Azuceny zdawał się dochodzić z tak daleka
- Mhm – pokiwała głową.
- Bądź ostrożna. Świt już blisko.
- Zawsze jestem – pomachała im parasolką z ulubionego drinka.
Dym papierosowy oszałamiał, widziała wszystko przysłonięte mgłą. Świat nie wydawał się już taki straszny. Nawet perspektywa powrotu do domu, jawiła jej się w jasnych barwach.
- Wilga?
Uniosła głowę słysząc swoje imię. Nad nią ktoś stał. Mężczyzna, po trzydziestce, z ciemnymi nieco przydługimi włosami i obłędnie zielonymi oczyma. Przynajmniej po takiej dawce alkoholu, jaką przyjęła wydawały się obłędne.
- Jacek, jaki ten świat mały prawda?
- Co ty tutaj robisz?
- Jak to co? - rozejrzała się wokół, popatrzyła na opróżnione szklanki. – Piję – stwierdziła
- To widzę, ale tutaj...? Nie ważne.
- Miejsce jak każde inne.
- Odprowadzę cię do domu, jesteś zalana – powiedział wstając od stolika
- Nie... – pokręciła głową, i uśmiechnęła się promiennie. – Rycerze na białych koniach mają dziś urlop.
- Wilga...jesteś pijana.
- No może troszeczkę – mruknęła wyciągając w jego stronę dłoń. Przyglądała się przez moment swojej ręce, zbliżając i oddalając palce, próbowała się zdecydować jak duże jest owo „troszeczkę”.
- Jest czwarta nad ranem, wystarczy na dziś.
- Mogę prowadzić?
Nie dał się zbyć, chwycił ją za wyciągniętą ku niemu rękę. Nie oponowała. Pozwoliła mu odciągnąć się od stolika. Przeszli przez klub, przemykając się pomiędzy gośćmi lokalu. Dym unosił się i opadał gęstą zasłoną.
- Gdzie mieszkasz? – zapytał kiedy już udało mu się posadzić ją w samochodzie.
- W centrum, Znam drogę. – dotknęła dłonią czoła – niedobrze mi.
- Nie dziwię się. Ile wypiłaś?
- Nie pamiętam. A mogę prowadzić?
- O żesz... – powstrzymał się, żeby nie zakląć. – Będziesz wymiotować?
- Nie, chyba nie. Chyba. Ale nie jedź za szybko.
- Postaram się.
Zdziwił się jak dobrze jej szło wchodzenie po schodach. Ani razu nie upadła. Przytrzymywała się, co jakiś czas poręczy, odpoczywała. Po kilkunastu minutach dotarli na trzecie piętro kamienicy. Wyjął jej z dłoni klucze, kiedy po raz drugi nie trafiła do zamka.
Najpierw był zapach. Egzotyczny, lekki i świeży zarazem. Zapach, który kojarzył mu się z wodą. Dłonią namacał kontakt. Przedpokój rozjaśnił się lekko, Umieszczone w różnych punktach niewielkie lampy nie raziły oczu dając jednocześnie dość światła, aby można się swobodnie poruszać. Wilga maszerowała już do kuchni.
Jacek urzeczony patrzył na sadzawkę umieszczoną na końcu korytarza. Intensywnie niebieskie kwiaty o długich satynowych płatkach, wydzielały ten niezwykły zapach unoszący się w mieszkaniu.
- Chcesz coś pić? –krzyknęła z kuchni.
- Kawy...
- O tej godzinie.
- Jestem uzależniony od kofeiny – mrugnął do niej – co to za kwiaty?
- Które?
- No te niebieskie, przecież nie ma tu żadnych ... – zamilkł. Kuchnia była połączona z salonem, który pełnił funkcję atelier. Rzędami stały tutaj na rusztowaniach zioła kwiaty. Wszystkie kwitnące. – Tamte w przedpokoju.
- Lotosy – Wilga koncentrowała się na znalezieniu czystego kubka.
- Może ja to zrobię. – powiedział odsuwając ją od zlewu. – Dla ciebie co ?
- Herbata, tamta z granatowej puszki. – powiedziała siadając na kanapie.
- Ok. Myślałem, że lotosy mają inny kolor...biały, liliowy czy jakoś tak. To pewnie jakaś inna odmiana? Prawda? Wilga?
Odwrócił się od zlewu. Wilga osunęła się na poduszkę, mruczała coś drzemiąc. Odstawił czysty kubek na blat. Podszedł do kanapy. Dotknął lekko jej ramienia. Miała gęsia skórkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś koca.
Drugim pokojem była sypialnia. Tutaj zapach lotosu był jeszcze bardziej intensywny. Wrócił do salonu. Wciąż spała. Podniósł ją na rękach. Była zadziwiająco lekka jak na swój wzrost. Położył ją w sypialni i przykrył. Zapach kwiatów wciąż przyjemnie drażnił mu nozdrza. Usiadł na chwilę na brzegu łóżka i wdychał woń. Poczuł dotyk na dłoni.
- Jacek ? – w ciemności usłyszał głos.
- Jestem.
- Wiem. Zostań do rana. – głos miała senny, nieprzytomny niemal. – Nie chcę być sama.
- Zostanę. Śpij.
Nie zmrużył oczu do końca nocy. Nie potrzebował nawet kawy. Siedział w salonie pijąc aromatyzowaną herbatę w dłoniach trzymając bilety do Mexico City. Sprawa zaczęła przybierać coraz bardziej niebezpieczny obrót. Mexico City. Siedziba Pentexu. Podbrzusze Żmija. Najbardziej niebezpieczne miejsce na świecie.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [4]
Część 15: Kraków 28 XI 1999 Tropy >> poniedziałek, 27 sierpnia 2007 22:53:35
Wrócił tą samą drogą. Po każdym przejściu pomiędzy światami, realność zdawała się być jedynie wyblakłą namiastką tego, co działo się w Umbrze. Świat Cieni, świat po drugiej stronie, był dla niego bardziej rzeczywisty niż to, co oferowało ludzkie Uniwersum.
Usiadł w głębokim fotelu i spojrzał na panoramę miasta. Powoli zapadał zmrok. Światła zapalały się jedno po drugim, jakby ludzie próbowali za ich pomocą obronić się przed niebezpieczeństwem nadchodzącym z ciemności. Próbował uporządkować słowa Chmiery, ale jej wizje i przesłanie były dla niego zbyt niejasne. Niemniej Totem chciał go przed czymś ostrzec, tego mógł być pewien. Jedyny trop jaki posiadał to kobieta z „Minotaura”. Podniósł ze stolika wizytówkę, którą mu zostawiła i przyjrzał jej się uważnie. Niby nic niezwykłego, ot czarne litery na kawałku kartonu. Odłożył ją i sięgnął po telefon. Wybrał dobrze znany sobie numer. Chwila ciszy, i dźwięk sygnału w słuchawce.
- Słucham...? – spytał męski głos.
- Witaj, mówi Jacek, mam sprawę moglibyśmy się spotkać?
- Jasne, jestem w Caernie. Przyjedź.
- Postaram się być jak najszybciej
Tutaj w Krakowie wciąż był obcy. Nikomu nie ufał a jedyną osobą, która jakimś cudem wydawała mu się być kimś bliskim, był Andrzej, z plemienia Tubylców Betonu.
Andrzej czekał na niego przed bramą. Wiele czasu zajęło wilkołakom zakamuflowanie swojej siedziby tak, aby czuli się względnie bezpieczni. Teraz nad wjazdem na posesję wisiała tablica informacyjna: „Ośrodek Wypoczynkowy – Admirał” i tuż pod nią czerwona tabliczka z napisem: „Teren wojskowy - nieupoważnionym wstęp wzbroniony”.
- Co się stało? – Andrzej wyglądał na zmartwionego. Miał bardzo krótkie jasne włosy, i wąskie szare oczy. Nie przekroczył jeszcze trzydziestki
- Mam ostatnio dziwne sny... – zaczął starszy garou – cholernie realne... i chciałem sprawdzić, czy coś ze mną nie w porządku. A wygląda na to, że to jest mój jedyny trop...- podał mu wizytówkę Wilgi
Na niebie królował księżyc.
Śniła jej się pustynia. Tak bardzo dusiło ją pragnienie. Obudziła się krótko po zmroku z uczuciem suchości w gardle Jeszcze zaspana powlokła się do kuchni i włączyła ekspres do kawy. Kafelki ziębiły jej nagie stopy. Podeszła do lodówki i wyjęła butelkę soku pomarańczowego. Lucek leżał na blacie kuchni i szturał długim łuskowatym ogonem świeże owoce na paterze.
- Tylko nie zrzuć - mruknęła do niego.
Lucek prychnął pogardliwie i zwinnie zeskoczył ze stołu. Podreptał do kanapy po czym wspiął się na nią. Ogonem sięgnął po pilota. Zmienił się w człowieka i włączył wiadomości. Wilga wciąż mocowała się z zakręconą butelką. Coraz bardziej chciało jej się pić.
- Śłyszalaś, że wysadzili twój ulubiony lokal ?
- Co takiego?!
- No Minotałur. Jakiś świl puścił go z dymem.
- Niemożliwe, kiedy?
- Dziś, lano w radiu podawali. Nawet się zmartwiłem, że coś ci się stało ale zaraz potem zaczęłaś chrapać z sypialni i już wiedziałem, że jesteś w domu – Lucek uśmiechnął się ukazując śnieżnobiałe zęby. Wilga rzuciła w niego jabłkiem. Uchylił się przed nim, wylądowało na poduszce obok.
- No no, ja ci tu informacje śprzedaję a ty mi się tak odpłacaś... – mruknął i ugryzł jabłko – Smaczne.
- To za chrapanie.
- Jak nie wieziś to pewnie zaraz będzie w wiadomościach.
- O moim chrapaniu?
- O wybuchu – popatrzył na nią pobłażliwie. – Zrób szybciej tą kafę. Jeście nie kontaktujeś.
Już chciała coś powiedzieć, ale dziennikarz prowadzący wiadomości był szybszy. --
- Wczoraj miał miejsce zamach terrorystyczny w modnym klubie w centrum Krakowa. Lewe skrzydło Minotaura zostało całkowicie zburzone. Dwadzieścia trzy osoby, zostały ranne siedem zginęło na miejscu. Policja dla dobra śledztwa nie ujawnia żadnych szczegółów.
Usiadła na krześle naprzeciw telewizora i wpatrywała się w ekran z niedowierzaniem. Powoli podniosła butelkę z sokiem do ust.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [12]
Część 14: Kraków 28 XI 1999 Sen >> czwartek, 17 maja 2007 01:07:51
Powody dla których wszystko się tak opóźniło można by mnożyć w nieskończoność, obwiniać ludzi i sytuacje. Niemniej niezależnie od zdarzeń jakie miały miejsce, czy to w moim życiu prywatnym czy pseudozawodowym, raz rozpoczętą opowieść należy skończyć...
Dla Artura.
Za każdą "zamienioną ze mną myśl", za wszystkie słowa wypowiedziane
i napisane nocą.
Dręczyły go sny. Śniła mu się Matka, wzywająca go gdzieś pośród ciemnego lasu.
Drzewa mają pokaleczoną korę, zamiast żywicy z nacięć sączy się mazisty ciemny płyn, powietrze pachnie dymem. Jacek słyszy szept Matki, jej świszczący oddech utrudnia zrozumienie słów. Mija kolejne pnie, jego stopy grzęzną w gęstym mule, który zamiast gleby, przelewa się bulgoczącymi strumieniami wokół korzeni drzew. Słyszy Matkę, próbuje ją wypatrzeć w mroku. Wreszcie dociera do olbrzymiego drzewa, do którego przykuto drobną kobietę.
- „Wypatrujący Gwiazd” – szepcze kobieta - Ocal mnie... –
Jacek patrzy na nią czując, że nie może się poruszyć, że nie może podejść. Ona unosi głowę, posklejane czarną mazią włosy strąkami okalają jej twarz, oczy ma zmęczone, przekrwione. Niegdyś były zielone, jak Jej suknia, której kolor zniknął teraz pod warstwą szarego pyłu. Jacek bezradnie patrzy na nią a potem przesuwa wzrok wzdłuż pnia, konary drzewa wiją się gdzieś wysoko w sklepieniu lasu. Ponad nimi świeci słońce, barwą szkarłatu.
Zerwał się, przebudzony z sennego koszmaru. Potarł oczy opuszkami palców jakby chciał zetrzeć ostatnie wrażenie okropnego snu. Podszedł do okna i rozsunął zasłony. Słońce było już wysoko nad horyzontem. Dotknął palcami gładkiej tafli okna, powierzchnia zafalowała. Spojrzał w oczy własnemu odbiciu i zanurzył dłoń w wirującej przestrzeni. Wiele ryzykował przekraczając za dnia granicę pomiędzy światem realnym, a światem cieni. Jednak był to jedyny sposób aby przekonać się czy jego sen był ostrzeżeniem, czy jedynie nocnym majakiem...
c.d.
Świat po drugiej stronie jest inny. Jak z sennego koszmaru, nierealny. Kraków wyglądał niczym melanż czasu i przestrzeni, stare mury obronne były przeplatane konstrukcjami ze szkła i plastiku. Tuż za kamienicami z początku ubiegłego stulecia pięły się drapacze chmur. Obok zabytkowych kościołów wyglądających całkiem realnie, dostrzec można było zarysy nowoczesnych klubów. Prawie wszystkie lokale wyglądały tak samo, o rozmytych niewyraźnych konturach i przezroczystych sklepieniach. Tylko jeden, miał wyraźny, niemal przerysowany kształt. Jego frontowa ściana była całkowicie zburzona. Jacek przystanął zaintrygowany. W pierwszej chwili nie poznał tego miejsca, jeszcze kilka dni temu wszystko wyglądało inaczej. Dopiero później uświadomił sobie, że spędził tam wczorajszy wieczór. Zbliżył się, starając się omijać rozrzucony wokół gruz. Stał o dobrych kilka kroków przed budynkiem, nie musiał podchodzić bliżej, żeby wiedzieć, co się tutaj wydarzyło. Wszędzie pachniało śmiercią, strachem i krwią. Odwrócił się.
Biegł.
Drzewa majaczyły zielenią na tle stalowo-niebieskiego nieba. Bał się, że przyszedł na próżno i nie uda mu się jej znaleźć. Ale już z oddali dostrzegł jej niezwykłą sylwetkę, czekała na skaju lasu. Płowa sierść błyszczała, ogon w kształcie węża wił się tuż nad szeroko rozłożonymi skrzydłami.
- "Wypatrujący..." – powiedziała Chimera – usiądź.
Posłusznie przysiadł na tylnich łapach. Jej głos był niski, melodyjny, senny.
- Przyszedłem po radę – zaczął – Śniła mi się Matka. Nie wiem co o tym myśleć.
- Opowiedz mi „Wypatrujący Gwiazd” co widziałeś.
Słuchała w milczeniu, spoglądając na niego, co jakiś czas błędnym wzrokiem. Mówił długo, o bezradności, jaką czuł wobec cierpienia Gaji, o tym jak bardzo chciał coś zrobić i nie mógł. Później opowiedział o kobiecie, która chciała kupić od niego obraz. Wspomniał także o dziwnym uczuciu, które kazało mu za nią wyjść. O tym, że dzięki temu nie zginął wczoraj w „Minotaurze”
- Strzeż się ! – jej krzyk wyrwał go z zamyślenia, gdy przypominał sobie kolejne fakty z ubiegłej nocy. Mógł przysiąc, że przez ten jeden ułamek sekundy, kiedy to powiedziała jej oczy były zupełnie przytomne. – Strzeż się „Wypatrujący Gwiazd” – powtórzyła znacznie ciszej.
- Ale czego?
- Strzeż się Węży – powiedziała zbliżając się do niego – Spójrz mi w oczy.
Spojrzał. Oczy Chimery miały barwy ognia. Kolory przenikały się, raz złote, raz czerwone...
Zupełnie jak włosy zasłaniające twarz dziewczyny. Po chwili odrzuca je w tył i patrzy na węża pełznącego ku niej, jakby rzucała mu wyzwanie. Jacek poznaje ją. Chce ostrzec, ale znów czuje tą samą obezwładniającą bezradność. Wąż jest coraz bliżej, odwraca głowę i patrzy wilkowi prosto w oczy, kpiąco. Dziewczyna trwa w tej samej pozycji, pozwala by wąż oplótł jej talię, by wspiął się wyżej. Jego łeb jest na wysokości jej twarzy. Patrzy na niego bez lęku, jakby nie wiedziała, co ją czeka. Szary wilk drepcze w miejscu. Próbuje się wyrwać niewidzialnej sile. Wąż przechyla głowę, po czym atakuje. Kobieta osuwa się bezwładna. Z przegryzionej tętnicy płynie krew i natychmiast wsiąka w ziemię.
Jacek obudził się na skraju lasu. Sam. Nic nie rozumiejąc. Zamiast otrzymać odpowiedź, zadawał sobie kolejne pytania.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [11]
... >> niedziela, 29 kwietnia 2007 13:34:52
nowy fragment jest prawie gotowy..prawie :)
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [4]
O sobie samym >> niedziela, 18 lutego 2007 19:06:22
Lucek, o sobie. Z przymróżeniem oka, albo i nie :P
Autor: Mati - Vendetta
Zicie to powalony śplot wydazień i choćbyś nie wiem kim był ziafsie tak będzie. Lodziś się jako źwykły ściul, a końciś jako ksiziówka ściula ź ćłowiekiem. Mam na imię Lucek jezieli to kogoś intelesiuje i mieśkam w st. Petelśbulgu. Ulodziłem się pod miaśtem, gdzie ziapytacie? No jak to gdzie: w kanałach, zie ściuziej matki i ściuziego tatki. Wsiśtko było fajnie, aź do ciasiu jak śpotkałem Bzidkich, napoili mnie śwoją krwią i plosili o lóźne zieci. Pzinieś, wynieś, popatsiaj tu i tam i inne tego typu. Ziłem tak siobie pzieź ileś tam ciasiu, aź wreście śpotkała mnie taka dziwna zimna węzicia. Miała na imię Wilga i była Galradką, eee to jeśt sietytką. Wtedy moje zicie legło w gluziach.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [6]
Część 13: Kraków 27 XI 1999 Wieczność >> wtorek, 13 lutego 2007 14:36:26
Mężczyzna stał oniemiały chwilę, właśnie przeżył największy akt rozkoszy, podczas jednego pocałunku, ale o tym Jacek już nie mógł wiedzieć. Przyglądał jej się tylko z uwagą, gdy siadała w nawie blisko baru.
Adrenalina pulsowała jej w skroniach. Powiodła wzorkiem po lokalu szukając ewentualnej kolejnej ofiary. Oczy miała zmrużone, ostre światło stroboskopów drażniło. Odchyliła na chwilę głowę i westchnęła wtulając się w miękkie oparcie klubowej ławki. Próbowała odprężyć się i wsłuchać się w rytm muzyki. Jednak gdzieś na dnie tego jednostajnego dudnienia wypełniającego lokal, był dźwięk, który nie pasował, który burzył harmonię rytmu. Tuż obok, ktoś cicho płakał. Otworzyła oczy i spojrzała w głąb nawy otulonej półmrokiem. W znikomym świetle, jakie dawała fluorescencyjna lampka ustawiona na środku stolika, udało jej się dostrzec drobną dziewczynę siedzącą w kącie. Twarz miała ukrytą w dłoniach mokrych od łez. Czarne pasma włosów miała związane w koński ogon, który opadał ciemną wstęgą na plecy.
Wilga odwróciła się w jej stronę, gdyby nie to, że przed chwilą nasyciła Głód wykorzystałaby okazję. Jednak teraz, gdy patrzyła na zapłakaną młodziutką dziewczynę, nie miała takich intencji. Wyciągnęła do niej dłoń.
- Hej... czemu płaczesz? – zapytała poklepując ją delikatnie po ramieniu
- Bo tylu ludzi umiera...i tyle będzie musiało umrzeć – odpowiedziała nie spoglądając nawet na nią.
- Tak to już jest... jedni się rodzą inni umierają – mruknęła nie wierząc we własne słowa.
- Ale dlaczego tak wielu... Nie uważasz, że to niesprawiedliwe?
- Pewnie tak, ale śmierć nie wybiera.
- Może nie wolno Jej wybrać?
Tamtej chwili Wilga nie zapomniała nigdy. Tamta scena wracała do niej w snach przez wiele następnych dni i nigdy nie straciła swojej wyrazistości. Pamiętała każdy szczegół, klatka po klatce, jak w filmie, kiedy dziewczyna podnosiła na nią wzrok. Pamiętała spojrzenie, barwy czystego srebra. Oczy, wpatrujące się w nią przez chwilę, która zdawała się nie mieć końca. Oczy, w których odbijała się wieczność.
Ocknęła się dopiero po dobrej chwili. Czuła drżenie całego ciała.
- To była Ona, to musiała być Ona – wymamrotała a potem zerwała się biegiem do wyjścia, próbując dogonić kobietę z obrazu.
Wyszedł za nią, nie wiedząc właściwie czemu. Korytarze Minotaura były w tej chwili prawdziwym utrapieniem, raz po raz tracił ją z oczu. Przyspieszył, gdy tylko zniknęła za najbliższym zakrętem. Zdezorientowany trafił do bocznej sali. Rozglądając się bezradnie wokół, spojrzał na barmana.
Biegła, korytarz raz się zwężał, raz rozszerzał. Czuła, jak ze strachu plączą się jej nogi. Rękoma przytrzymywała się ściany, żeby nie upaść. Kolejny zakręt, w głowie jej huczało, muzyka wciąż dudniła pod sklepieniem czaszki. Masywne drzwi ustąpiły. Powitało ją świeże nocne powietrze i pustka. Ani śladu tamtej dziewczyny. Uklękła i wysypała na chodnik zawartość torebki. Rozgarnęła rzeczy, szukając reprodukcji obrazów. Podniosła zdjęcie do światła latarni.
- Nie przewidziało mi się. Kurwa! – wrzasnęła i kopnęła ze złości ścianę budynku.
Stała oparta plecami o ścianę. Jasne kosmyki włosów opadały jej na twarz. Nie dostrzegła go, oczy miała zamknięte.
- Mogę w czymś pomóc –zapytał nachylając się.
- Jeżeli ją widziałeś to możesz, jak nie to spadaj – powiedziała wyciągając do niego fotografię, którą do tej pory trzymała w zaciśniętej dłoni.
Jacek odruchowo spojrzał na zdjęcie i zamarł. Był na nim portret, na którym uwieczniona została kobieta o kruczoczarnych włosach i srebrnych oczach. Znał te oczy..
- Widziałem. – powiedział niepewnie
- Dobrze... - uniosła głowę i spojrzała mu w twarz – Gdzie?
- W moim domu – dopiero, gdy to powiedział zdał sobie sprawę jak idiotycznie to zabrzmiało. - Mam taki obraz. Znaczy nie dokładnie taki, ale to ta sama kobieta – wyjaśnił.
Przyglądała mu się badawczo, jakby zastanawiając się czy mówi prawdę.
- Mogę go zobaczyć ? –zapytała wreszcie
Mieszkał na przedmieściach. Jeden pokój stanowił sypialnie, drugi, który w założeniu miał byś salonem do tej pory pełnił funkcję magazynu. Rozmaite rzeczy poskładane w dużych kartonowych pudłach lub obrazy opakowane szarym papierem zajmowały niemal całą powierzchnię. Zaprowadził ją do tego składowiska rupieci, i po raz pierwszy od przyjazdu do Krakowa poczuł, że czas wreszcie to sprzątnąć.
- Przepraszam, że tak to wygląda. Od przeprowadzki nie zdążyłem się rozpakować.
- Który to obraz? – zapytała nie zwracając uwagi ani na jego słowa ani na bałagan.
Rozejrzał się po pokoju i wyciągnął jeden z pakunków. Położył go na stole.
- To ten, obejrzyj go sobie. – powiedział i wyszedł do kuchni – chcesz coś do picia ? – zapytał obserwując ją kątem oka.
- Tak, herbatę. Z cytryną – dodała po chwili
Wrócił do pokoju i podał jej kubek parującego naparu
- Ile za niego chcesz?
- Nie, no co ty. Herbata na koszt firmy.
- Mówię o obrazie – spojrzała na niego, i uśmiechnęła się po raz pierwszy tego wieczoru.
- Nie jest na sprzedaż.
- Nie ma takich rzeczy.
- Nie jestem kolekcjonerem, nie znam się na sztuce. Czasem tylko wybieram to, co mi się podoba. Oddam ci ten obraz, jeżeli znajdziesz inny, który mnie zainteresuje.
- Dobrze. Zostawiam ci wizytówkę gdybyś jednak zmienił zdanie i zdecydował się na pieniądze.
- To raczej mało prawdopodobne.
Wyszła z budynku i natychmiast wyjęła telefon. Odprowadził ją wzrokiem do samochodu a potem spojrzał na wpół opróżniony kubek herbaty. Tej nocy nie mógł zasnąć. Dręczyło go jakieś bliżej niesprecyzowane uczucie. Ta kobieta wywoływała w nim niepokój i fascynację. Usnął, kiedy na horyzoncie wstawało już słońce.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [0]
Część 12: Kraków 27 XI 1999 Cisza przed burzą >> poniedziałek, 18 grudnia 2006 22:38:24
Przepraszam za zwłokę, ale wiszące nade mną "Technologie chemiczne", nie miały zbawiennego wpływu ani na mój czas ani na wenę. Prawdopodobnie jeszcze dziś pojawi się kolejna część. Jako bonus dodam też zdjęcia ilustujące mieszkanie Wilgi.
A tak w ogóle to moje maleństwo, "Renegat" - Magdy Kozak jest już w księgarniach. Dla wszystkich tych, którzy lubią wampiry biegające z uzi albo AK47 zamiast wlekące się w pokrwawionych zwiewnych szatach po ulicach. Świat wykreowany przez Autorkę jest bardzo podobny do Świata Mroku, ale o jego istnieniu p. Magda dowiedziałą się dopiero po publikacji "Nocarza" :P Polecam.
Pozdrawiam
Była zmęczona psychicznie jak jeszcze nigdy dotąd, setki wystaw, mnóstwo papierów do wypełnienia, transakcje, podpisy pod umowami, rozmowy z prywatnymi kolekcjonerami. Udało im się zlokalizować i przejąć zaledwie sześć obrazów. Zdawała sobie sprawę z tego, że to dopiero początek. W dodatku goniec od Rostowa nie pojawił się jak do tej pory. Czuła się więc jakby siedziała na bombie z opóźnionym zapłonem. Głośno westchnęła i zamknęła pokrywę laptopa. Siedzący przed nią Lucek zrobił to samo.
- Nić nie źnalaźłem – uśmiechnął się blado, oczy miał podkrążone, seplenił bardziej niż zwykle. Usiadł na dużym fotelu w rogu pokoju i podkulił nogi pod siebie, po czym przyjął formę roden. Duży biały szczur zwinął się w kłębek i zasnął. Wilga znalazła Lucka niecały rok temu w kanałach. Zabrała go wtedy do domu i okazało się, że jest Ratkinem. Z tego co udało jej się ustalić, była to rasa zmiennoksztaltnych podobna do wilkołaków, jednak zdecydowanie od nich liczniejsza.
Przeciągnęła się starając się napiąć każdy mięsień. Pora się zrelaksować, wyszaleć i coś zjeść. Powoli wstała z miękkiego fotela, i pomaszerowała do kuchni. Drżącymi ze zmęczenia rękoma wybierała perfumy, sukienkę i dodatki. Ostatnie spojrzenie w lustro i będzie gotowa.
- O jasna cholera – mruknęła, i odkręciła pojemnik z soczewkami kontaktowymi. Zakropliła oczy sztucznymi łzami. Założyła zielone szkła, pozwalając im ukryć własne poprzeczne źrenice i intensywnie złotą tęczówkę wypełniającą całe oko.
W przedpokoju otworzyła torebkę... kluczyki, dokumenty, kilka zdjęć, kosmetyki.
- Co ja zrobiłam z okularami przeciwsłonecznymi...
- Weź inne... - mruknął olbrzymi szczur wylegujący się na fotelu.
- Właściwie to masz rację – przeglądając kolekcję okularów wiszącą na drzwiach wyjściowych – poszukaj ich później jeżeli nie masz nic innego do roboty...- powiedziała z przekąsem
Klub nazywał się Minotaur lubiła go, był plątaniną korytarzy, lepiej było się w nim nie rozdzielać, bo można było się już nie znaleźć tej samej nocy. Przymknęła z rozkoszą oczy kiedy tylko weszła do wnętrza. Chłonęła muzykę całą sobą, szybkie elektroniczne brzmienia.
Jacek już od dawna miał zamiar się tam wybrać, podobno dobry klub, można na parę godzin zapomnieć , o rzeczywistości wyciszyć się. Nie przepadał za muzyką elektroniczną ale w takich miejscach to nie miało znaczenia, hałas miejsca zagłuszy hałas umysłu. Od dwóch godzin siedział przy barze, udało mu się nawet poderwać nawet dwie kobiety, obracał w palcach kartki z numerami telefonu, powoli dopijał swoją whisky.
Wilga lekkim krokiem, weszła na parkiet, oczy miała półprzymknięte, czuła ekstazę tego miejsca, nie bała się, że ktoś może ją tu zaatakować, a odwagi dodawał jej chłód sztyletu, który czuła w na łydce otulonej skórą wysokich do kolan zamszowych butów. Powoli spokojnie wybierała ofiarę. znała tu wszystko, tylko ludzie się zmieniali, tylko ofiary każdego dnia były inne, podniecało ją to, czuła zapach ludzi wokół siebie, zapach adrenaliny i krwi...
Odwrócił się za nią, mimowolnie. Niby nie wyróżniała spośród innych bywalców klubu, ale było coś w jej sposobie poruszania, coś co zauważył przypadkiem bardziej instynktownie, szóstym zmysłem, zmysłem garou aniżeli wzrokiem. Poruszała się z gracją drapieżnika. Zmrużył oczy by lepiej ją widzieć w świetle stroboskopów, jakby przystanęła na chwilę zdezorientowana, jakiś facet zbliżył się do niej chwilę tańczyli bardzo blisko położyła mu na chwilę głowę na ramieniu, a kilka chwil później szła już w stronę baru. Mężczyzna stał oniemiały chwilę, właśnie przeżył największy akt rozkoszy, podczas jednego pocałunku, ale o tym Jacek już nie mógł wiedzieć.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [10]
Część 11: Kraków 21 XI 1999 Polecenie >> środa, 6 grudnia 2006 12:21:53
- Przez te wszystkie lata, żyjąc w twoim cieniu nauczyłam się niczemu nie dziwić.
- Tak więc i propozycja Rostowa nie powinna cię zbyt zaskoczyć – jego palce zacisnęły się mocno na jej karku. – Pojedziesz do niego teraz – drugą dłonią wciąż głaskał jej biodro – i grzecznie wysłuchasz tego co ma ci do powiedzenia. Oczywiście zgodzisz się na wszystko co ci powie.
- A jeśli się nie zgodzę? – ból stawał się coraz bardziej nieznośny.
- Nie przyjmuję do wiadomości, że mogłabyś mu odmówić. – uścisk zelżał, znów stał się czuły. – Spiesz się, nie możemy pozwolić, żeby Książe czekał. – jego palce przesunęły się w górę, wzdłuż podbródka, muskając jej wargi. – Spiesz się – powtórzył.
Uwolniła się z uścisku i spojrzała na niego bez słowa. Zsunął okulary przeciwsłoneczne, miał jadowicie żółte tęczówki. Zmierzył ją wzrokiem, pełnym pogardy a potem odwrócił się i poszedł wzdłuż rzeki.
Miała ochotę krzyczeć.
_________________________________________________________
Otworzyła oczy i zamknęła je na powrót. Wypowiedź Rostowa stawała się coraz bardziej monotonna. Meritum sprawy wyjaśnił już godzinę temu, teraz tylko po raz kolejny powtarzał to samo. Czekała spokojnie tak jak kazał jej Galrad, uśmiechając się co jakiś czas do Księcia.
- Uważam, że jako członkini klanu Niezależnego nie będziesz zwracała zbytniej uwagi w Mexico City, rozumiemy się prawda? – Rostow świdrował ją przenikliwym wzrokiem. Wilga już po raz kolejny tego wieczoru pokiwała głową, wyrażając pełne zrozumienie jego słów. – Zależałoby mi również, aby przesyłka pozostała nietknięta, inaczej mogłaby stracić swoje... -zawahał się – ...właściwości.
- Rozumiem – doskonale rozumiała, że jeśli otworzy skrzynię, która stanowi teraz element przetargowy, nie doczeka kolejnej nocy.
- Oczywiście chciałbym cię wynagrodzić za ten trud – kontynuował Rostow. Wytężyła słuch, o kwestii ewentualnych profitów jeszcze nie wspominał – Pan Galrad raczył poddać mi pewną sugestię...-zawiesił głos czekając na jej reakcję.
- Jaką sugestię? – zapytała zastanawiając się jaką politykę teraz uprawia jej mentor.
- Powiedział, że chciałabyś prowadzić własne Elizjum. Oczywiście wiem, że tobie samej byłoby trudno. Postanowiłem, zatem ofiarować ci prawo do dwóch ghuli - Jego spojrzenie przenikało ją na wskroś. Wilga zamarła nie wiedząc co się dzieje. Nagła hojność Księcia nie wskazywała niczego dobrego. – Czy takie warunki ci odpowiadają?
- Tak – wydusiła z siebie całkowicie zaskoczona.
- Zatem czekam na rezultaty. Przyślę do ciebie gońca ze wszystkimi niezbędnymi dokumentami.
- Będę czekać – powiedziała. Powoli uniosła się z krzesła. – Do zobaczenia.
- Mam nadzieję, że wkrótce.
Wyszła na korytarz, dudniło jej w uszach. Dźwięk do złudzenia przypominający tętno, towarzyszył jej aż do wyjścia. Czyżby zadanie było, aż tak trudne, że Rostow oferował jej tyle za jego wykonanie. Czy Galrad po prostu chciał się jej pozbyć, wysyłając do Meksyku? Tak czy inaczej nie było już odwrotu, Jeżeli nie pojedzie zginie, czy to z ręki Rostowa czy Galrada. Jeżeli pojedzie istnieje chodźby nikła szansa, że może się jej uda...
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [7]
aktualizacja >> wtorek, 31 października 2006 00:33:19
trochę posprzątałam w opisach postaci i w dziale o mnie
uwagi dotyczące literówek bardzo cenne, ponieważ jest już późno i moje oczy o tej godzinie ogłaszają strajk
a w najbliższym czasie zaaplikuję notkę
z dnia 7 listopada
Poprawiłam dotychczasowe fragmenty, powtórzenia, interpunkcję, i kilka innych błędów. Nie poprawiłam zwolnienia o kilometr, nie jestem do końca przekonana jak powinno to brzmieć. Dziękuję za wszelkie uwagi, te napisane i te wypowiedziane. Były niezykle cenne. Dziekuję także Kyouri, która miała siłę i chęć przeczytać wszystko i opatrzyć swoim komentarzem.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [5]
Część 10: Kraków 21 XI 1999 Melancholia >> niedziela, 8 października 2006 23:30:25

Fotografia ilustrująca miejsce akcji, wykonana przez Matiego. Widok z mostu na bulwar - moje miasto
Był środek nocy, dwudziesty pierwszy października. Rzeka spokojnie szumiała, wiatr tańczył w konarach drzew, poruszając liśćmi. Tuż obok bulwaru stał kościół, jego jasno oświetlona kopuła odbijała się w czarnym lustrze wody. Wieczór był wyjątkowo spokojny i ciepły jak na tą porę roku. Żółty samochód zatrzymał się wzdłuż ulicy burząc delikatną równowagę tego miejsca. Kobieta, która z niego wysiadła również nie pasowała do tej atmosfery ciszy i nostalgii. Jej dwubarwne włosy lekko unosiły się na wietrze. Zamknęła samochód i przeszła po kamiennym bruku kilka metrów. Dotknęła ciężkich odrzwi kościoła, i popchnęła je wprzód najciszej jak umiała. Wszystkie trzy nawy były pogrążone w ciemnościach, jedynie w półmroku ołtarza płonęły rozżarzone do transparencji świece. Kolorowe szkło witraży wpuszczało do wnętrza smugi księżycowego światła. Wyjęła cienką białą świecę i przyłożyła jej knot do jednej z palących się gromnic. Ustawiła ją w lichtarzu stojącym u stóp ołtarza. Pośród innych. Zapalonych z tęsknoty, żalu, czy w niemej prośbie. Jej świeca płonęła dla uczczenia pamięci ojca. Tego pierwszego, ludzkiego, jedynego. Tego, który dał jej życie i opiekował się nią najlepiej jak umiał. Tego, którego trzymała za rękę, gdy odchodził. Tego, którego kochała. Czasem gdy pozwała, żeby ogarnęły ją smutek i melancholia, właśnie takie miejsce i płomień świecy umożliwiały jej odzyskanie równowagi. A tej nocy, czuła się bardzo samotna. Wspomnienie ojca zamiast ukoić sprawiało jeszcze większy ból, dawno już tak nie zazdrościła Incivitatusovi tego, że Galrad jest tak blisko niego.
Wymknęła się z kościoła, gdy tylko cieniutka świeczka się dopaliła. Przeszła kilka kroków idąc w stronę samochodu. Zobaczyła go w ostatniej chwili. Mężczyzna stał spoglądając na rzekę. Woda szumiała. W jej tafli odbijały się światła latarń. Odwrócił się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Kobieta wolno podeszła do niego, stanęła obok. Spoglądali w milczeniu przed siebie przyglądając się refleksom świateł. Spojrzała kątem oka na Galrada.
- Kochałeś kiedyś tak mocno, że byłbyś w stanie zrobić absolutnie wszystko ? – zapytała wreszcie
- Tak
- Kiedy?
- Gdy byłem jeszcze człowiekiem, bardzo dawno temu.
- Kto to był?
- Kobieta z mojej wioski. Była przepiękna, inna niż wszystkie. Miała jasną skórę i mlecznobiałe włosy. Jej oczy miały barwę czystej wody. Róża Pustyni z legend. Była wszystkim, ja nikim.
- I co się stało?
- Zgwałciłem ją – odpowiedział beznamiętnie – Byłem w stanie zrobić wszystko.
- I nie żałujesz? – poczuła jego dłoń na swoim biodrze gdy stanął za nią, lewą ręką odgarnął jej włosy na bok. Zacisnęła usta. Był sporo wyższy od niej, czuła zimno bijące od jego ciała, kiedy przysunął się jeszcze bliżej, opierając się o jej plecy. Jego jedna dłoń sunęła wzdłuż jej brzucha, druga delikatnie gładziła skórę szyi
- Dziwisz się? Przecież to ty zawsze twierdziłaś, że nie wolno niczego żałować – wyszeptał jej do ucha.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [12]
duszpasterskie... te... no... jaki im tam... o... ogłoszenia >> czwartek, 14 września 2006 17:47:34
Po pierwsze to szablon będzie na razie taki, dopóki nie zrobię albo nie znajdę czegoś bardziej pasującego. Ponieważ Dorota uświadomiła mnie, że czcionka, którą dumnie i samodzielnie umieściłam w kodzie html'a nie jest na standardowym wyposażeniu win-grozy, i lay lekko powiedziawszy wygląda tragicznie we wszystkich innych przeglądarkach (sic.)
Po drugie to dziękuję Dorocie, że mi powiedziała, żyłabym obie w słodkiej nieświadomości.
Z dnia 16 września:
skasowałam spam, dostawałam już białej gorączki, tych, którzy go zostawiają powinno się palić na stosie
Z dnia 23 września:
nowy szablon, elementy na podstrony mam już przygotowane, problem polega tylko na tym, że efekt jest... hm mało wampirzy
trudno, jak na pierwszą próbę w html, nie jest najgorzej, jakby się pojawiły jakiekolwiek błędy w kodzie, proszę dajcie znać w komentarzach, pozdrawiam
skrypty skończone, ilustracje zawieszone na serwerze, efekt można obejrzeć na każdej podstronie, enjoy
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [17]
Część 9: Kraków 20 XI 1999 Zdobywca i ofiara >> czwartek, 7 września 2006 23:30:59
Wilga przeciągnęła się. W przedpokoju zapaliło się światło, słuchała przez chwilę jak Azu szykuje się do wyjścia. Po chwili trzasnęły drzwi. „Przyzwyczai się – pomyślała – wszystko jeszcze przed nią„ . Przewróciła się na drugi bok i spojrzała na leżącego obok mężczyznę. Oczy miał zamknięte, oddychał miarowo.
- Śpij – powiedziała szeptem.
Podniosła się powoli i zaczęła ubierać.
- Już wychodzisz? – usłyszała jego głos.
- Tak sądziłam, że śpisz nie chciałam cię budzić.
Wstał i podszedł do niej. Położył dłonie na jej ramionach i począł przesuwać je wzdłuż szyji.
- Zostań.
- Nie, muszę wracać – mówiąc to odwróciła się i zaczęła zbierać swoje rzeczy
- Chciałbym, żebyś jednak została..
- Słuchaj...jak ty właściwie masz na imię ?
- Zawsze najpierw zaciągasz facetów do łóżka, a dopiero potem pytasz o imię ? – powiedział zirytowany
- Nie, zwykle nie pytam.
Mężczyzna zwiesił głowę, właśnie zdał sobie sprawę z tego, że tej nocy to nie on był zdobywcą.
- Maciek – odpowiedział wreszcie.
- Dobrze, więc Maciek wyjaśnijmy sobie kwestię. Było fajnie, było. A teraz każde z nas wraca do swojego życia.
- Ale ja.. daj mi chociaż swój numer telefonu
- Nie, muszę już iść – spojrzała nerwowo na zegarek, do świtu została jej godzina
- To weź mój, może się namyślisz jednak... – mówiąc to zapisał kilka cyfr na skrawku papieru i podał jej w drzwiach
- Tak... jasne – włożyła kartkę do torebki – Trzymaj się. – mruknęła obojętnym tonem i wyszła.
Sugestie? Skoro dotarĹeĹ aĹź tutaj...
komentarze [4]